Czy nazywanie chrześcijaństwa religią politeistyczną "wymaga precyzyjnego dość przyjęcia definicji pojęć"? To, że sonet nazywamy sonetem, wynika z tego, że ma abba abba i dwie tercyny. Nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby rozważyć raz jeszcze, czy Petrarca na pewno zmieścił się w definicji, pisząc do Laury. Chrześcijaństwo, jak sądzę, jest nie poli-, a henoteizmem, ale z teorią moją postanowiłam się nie afiszować, gdyż przeciętny czytelnik nie wie, czym jest henoteizm (tezę tę można zweryfikować: pomyśl, czy słyszałeś o henoteizmie i zastanów się, czy jesteś przeciętnym czytelnikiem). Teoria ta, nawiązująca do cytatu z Dawkinsa, a więc tak jak i cytat - dość zabawna, nie jest oparta na mnogości Matek Boskich. Mimo "kalifornijskiego słońca" nie zmienię podejścia do teorii heliocentrycznej. Śmiem twierdzić, że Dawkins doskonale sobie zdaje sprawę z mnogości metafor, w które omawiana religia się uwikłała. Gdyby miał je wszystkie na serio obalać, "The God Delusion" zwiększyłby swoją objętość dwukrotnie.
Ostatnio, obserwując szczęśliwych, naiwnych ale szczęśliwych, wyznawców takiej a nie innej religii, pomyślałam sobie: fajnie byłoby zostać katoliczką. W myśl zasady "im mniej wiesz, tym dłużej żyjesz" (przeczytałam na forum gazety.pl w wątku "czy powiedzieć facetowi o zdradzie?") mogłabym mniej czasu poświęcać na rozkminianie silnika, więcej czasu na jazdę. Może nawet dałabym radę rozpędzić się i przekroczyć dozwoloną prędkość na ekspresówce z pasem zieleni. Ale moja ekologia umysłu mówi mi: za dużo spalin, przejdź się piechotą. Nie potrafiłabym w żadnym wypadku akceptować odpowiedzi na trudne pytania, brzmiących mniej więcej "Bóg tak chciał" lub "to tajemnica, której nie jesteśmy w stanie zgłębić".
Drążąc temat ukatolicznienia się, przyjęłam iście pascalowy sposób myślenia. Otóż: będąc katoliczką, muszę postępować jak katoliczka. Postępowanie takie natomiast ma generalnie dobre skutki, co mogę obiektywnie stwierdzić. W takim razie, nie będąc katoliczką, mogę postępować jak katoliczka - dla samych skutków! Istny utylitaryzm!
Doszłam do momentu, w którym sama idea Boga nie jest ważna - liczy się wszak skutek postępowania. Witaj, agnostycyzmie.
Wystarczyłoby przestać kraść, zabijać i kochać się przed ślubem. Mogłabym kazać mojej sferze seksualnej leżeć i skomleć; mogłabym chodzić do kościoła, skoro czasem chodzę na WOK (choć nie widzę sensu) i jeszcze żyję. Mogłabym zaciskać zęby przy "niech będzie pochwalony Jezus Chrystus" i spowiadać się tych regulaminowych kilka razy w roku (wstyd przyznać, ale już nie pamiętam, ile to dokładnie razy wymagają przykazania). Przecież żyję w Polsce, tutaj nietrudno o katolickość. Mogłabym być, jak większość z was, niewierzącą-praktykującą.
Ale nie wiem po co.
Dlatego chciałabym poskarżyć się na wszelkie "nie będę Cię nawracać". Ja wcale nie potrzebuję nawrócenia. Znam słowa piosenki, potrafię ją zagrać i nawet chętnie do niej zatańczę. Podajcie mi tylko tonację!
Będąc przy temacie skal muzycznych, muszę przyznać, że zawiesiłam się na pięciolinii w okolicach skali molowej (tej smutnej). Nie znam nikogo, kto wierzyłby Feuerbachowi, szwabowi z brzydką brodą, i byłby z tego powodu szczęśliwy. Ja nie jestem. Nie klaszczę. W sprawie klaskania wyznaję iście średniowieczne zasady i nie przekonują mnie argumenty zachęcające do wiary dla samego klaskania. Nie lubię widoku chrześcijan obklaskujących ni to Boga, ni to drzewo pod Jasną Górą. Przeraża mnie ich pewność, że patrząc w niebo - śpiewają Bogu, a nie pracownikom NASA.
Jeśli uwierzę w Boga, nie będę mu klaskać. Umówię się z nim na wino i posmęcimy przy "Obronie Sokratesa". Poza tym, w kwestii nagłego "uwierzenia" spodziewam się fajerwerków, szampana i gromu z jasnego nieba.
Impotentom mówi się (forum gazety.pl, wątek "mam problem z erekcją"), że ich problem może tkwić w tym, że za bardzo chcą. Czytałam jakiś wywiad z Dodą, w którym wyznała, że wizja samej siebie jako czterdziestolatki jawi jej się... a co tam, zacytuję: "jak mówisz do mnie o przemijaniu, zaraz nasuwają mi się takie obrazy: mam 40 lat, megawillę w Miami z zajebistym tarasem, zajebistego męża, który w całym swoim życiu odwiedził może jeden burdel, i to kiedy mnie nie znał, fajne dzieci i kasa wysypująca się zewsząd.". Więc ja też bardzo chcę, bo w mojej wizji nie ma Miami, nie ma zajebistego tarasu ani zajebistego męża. Więc szukam tonacji - bo jako czterdziestolatka może zechcę, zamiast się pociąć ze smutku, pośpiewać pod prysznicem.
Nie lubię, kiedy wierzący mówią mi: "Bóg Cię kocha", chociaż na pięćdziesiąt procent tak jest. I że po śmierci się przekonam. Z ogromną pewnością informują mnie o rzeczach, które wynikają z ich, a nie mojego systemu wartości. No bo co mam im odpowiedzieć? "Zeżrą Cię mrówki. Po śmierci się przekonasz."?
Cytat z Dawkinsa, który sobie szczególnie upodobałam, dotyczący, jak można się domyślić, największej religii politeistycznej na świecie. O Janie Pawle II tuż po zamachu na jego życie:
Jedna ręka trzymała pistolet, a inna prowadziła kulę” – powiedział później. Ktoś mógłby, co prawda, spytać, dlaczego nie poprowadziła jej tak, by pocisk w ogóle chybił. Ktoś inny mógłby napomknąć, że zespół chirurgów, którzy przez sześć godzin operowali papieża, też zasługuje na pewną wdzięczność – choć zapewne matczyna dłoń kierowała również ich skalpelami. Ale najważniejsze w tym wszystkim jest, że zdaniem papieża to nie po prostu Matka Boska „prowadziła kulę”. To konkretnie Matka Boska Fatimska! A co robiły w tym czasie Najświętsza Panienka z Lourdes, Nasza Pani z Gwadelupy, Matka Boża z Medżugorie, Matka Boska z Akita, Matka Boża z Zeitoun, Dziewica z Garabandal, Matka Boża z Knock – czy w tym czasie miały inne sprawy na głowie?
Podczas dyskusji z pewnym księdzem usłyszałam opinię, iż zakład Pascala jest logicznym argumentem mającym nakłonić mnie do wiary. Owszem, argument jest całkiem logiczny. Pascal napisał:
Vous avez deux choses à perdre : le vrai et le bien, et deux choses à engager : votre raison et votre volonté, votre connaissance et votre béatitude; et votre nature a deux choses à fuir : l'erreur et la misère. Votre raison n'est pas plus blessée, en choisissant l'un que l'autre, puisqu'il faut nécessairement choisir. Voilà un point vidé. Mais votre béatitude? Pesons le gain et la perte, en prenant choix que Dieu est. Estimons ces deux cas : si vous gagnez, vous gagnez tout; si vous perdez, vous ne perdez rien. Gagez donc qu'il est, sans hésiter.
co oznacza mniej więcej takie możliwości w sprawie istnienia bądź nieistnienia Boga: - Bóg istnieje, ma się dobrze, a wiarę nagradza zbawieniem, - Bóg nie istnieje, a co za tym idzie - życie wieczne również nie istnieje. Wg Pascala wiara opłaca się, bo w przypadku istnienia życia wiecznego - jesteśmy nagradzani, w przypadku nieistnienia Boga - niewiele tracimy. Niewiara zaś w przypadku istnienia Boga może skutkować zamknięciem wrót raju.
Główną krytyką wymierzoną w stronę teorii Pascala jest zauważenie faktu, że Pascal wziął pod uwagę tylko dwa przypadki. A co, jeśli Bóg nagradza nie za wiarę, a za regularne sprzątanie pokoju?
Ja myślę sobie: jeśli jakikolwiek osobowy Bóg istnieje (a jest to równie prawdopodobne, jak powstanie naszego wszechświata - czyli praktycznie wcale) i miałby mnie nagrodzić za wiarę wynikającą z prostej kalkulacji, to wolałabym smażyć się w jakimś kotle, niż z Bogiem, który za interesowność nagradza, a za nieinteresowność karze, mieć cokolwiek wspólnego.
Tym samym wrzucam do kosza argumenty racjonalistyczne, mające przekonać mnie do czegokolwiek nieracjonalistycznego.
Ślęczę nad ofertami składnic harcerskich, które nieustannie sugerują mi, że moje harcerki* mają metr trzydzieści cztery wzrostu albo wręcz przeciwnie - dziewięćdziesiąt centymetrów w pasie. Jakiś pogrom nastał w tej branży, skoro już w latach możemy wyrażać czas poszukiwania kapeluszy harcerskich w kolorze szarym.
Lista rzeczy "jeszcze-tylko-to-i-rzucam-całe-to-harcerstwo" stale rośnie. Podobnie zresztą jak lista rzeczy w ZHP, które doprowadzają mnie do szału. Dzięki ci, panie borze, że są jeszcze ludzie, którzy pocenie się przy przenoszeniu gór traktują jako oczywisty zamiennik piłki nożnej, wódki i z grubsza - społecznego, kulturalnego nieistnienia.
Wyrzuciłam jedną czwartą swoich szklanych butelek. Nie musisz już przynosić mi zielonych butelek. Ani książek, słoneczników, miodu w słoiku z żółtym niedźwiedziem. Glinianych dzbanków i wielkiej troski o moją ciszę.
* przyzwyczajenie. One już zawsze będą "moimi harcerkami".
Osiemnastka Kirisz. Kubuś, Krzysztof i Jacek namawiają mnie (D) do napicia się wódki.
Oni: Nooo, dalej, pijemy D: Nie chcęęę... Oni: Nie marudź, pij D: (krzywi się) J: Pomyśl sobie, że to jak z lekarstwem. D: ? J: Niedobre, a pić trzeba...
Ha, a czy Wam polewał kiedyś lokalnej sławy anastezjolog albo pan od fizyki?
Przeczytałam ostatnio, że żywe zaangażowanie w internetowe komentarzowe dyskusje jest swoistą domeną Polaków. Ze świecą szukać podobnego zjawiska na forach amerykańskich, gdzie najwyraźniej ludzie wychodzą z przedziwnego założenia, że aby się wypowiadać na jakiś temat wypada mieć jakiegolwiek o nim pojęcie. (Ale przecież Ameryka nie jest żadnych wyznacznikiem - to zachodnie pandemonium zepsucia i rozwiązłości.) Wracając do tematu. Zastanawia, czy popularność tej formy wypowiedzi nie wynika głównie z anonimowości, jaką rzekomo zapewnia nam internet (pokaż mi swoje IP a powiem ci kim jesteś).
Do dzisiejszego ranka myślałam sobie "nieee nie jest aż tak źle, na pewno". Aż nie przeczytałam takiej błyskotliwej wymiany opinii:
bydlo_prof_wb:
"Nasze państwo jest na najlepszej drodze do ruiny. Zatrważający dług przekraczający 700 mld. PLN, wyprzedany za ułamek wartości majątek narodowy, którego mizerne resztki będą zbyte w najbliższej przyszłości. Działania naszego rządu można określić jako antypolskie patrząc choćby tylko na "aferę stoczniową". Rząd stara się przejąć niepodzielne panowanie nad wszystkimi jednostkami w państwie mogącymi go kontrolować. To nie jest już zwykła nieudolność. Życiem publicznym zawiadują coraz częściej organizacje ponadpaństwowe, państwa polskiego i rządu już prawie nie ma...
Jedno w tym wszystkim zadziwia. Ślepota i bierność naszego społeczeństwa."
odpowiedzi do posta:
"w domu wszyscy normalni....tylko ty jesteś jebn..ty ?"
"jestes niemodny, zacofany, ograniczony, twoja rodzina to debile, idz i sie powies teraz niemodnie byc Polakiem, masz byc europejczykiem i pluc na Polske aha no i jak nie zgadzasz sie z ogolnym, kreowanym przez "polskie" miedia tokiem myslenia jestes popaprancem, katolem, ciemniakiem, zacofancem
idz sie pomodlic bo boga ktorego nie ma, daj na tace utrzymujac zboczencow w czerni
zamknij sie bo nie masz prawa sie odzywac na forum!!"
"idż zmów zdrowaśkę za swojego prezydenta może mu nie pomoże ...ale i nie zaszkodzi...a później się powieś"
"Ty matołku pisowski, powiedz mi, na czym polega afera stoczniowa? Że był jeden jedyny oferent, wpłacił wadium kilkanaście milionów złotych, zrezygnował, a stocznia i pieniądze zostały? Ty chory z nienawiści "katoliku" idź sie lecz poza tym. I nie rób tu żadnych aluzji do Rosji, bo Putin to ulubieniec Rydzyka, wiec uważaj."
I to tylko kropla w morzu ignorancji.
(odsyłam do komentowanego artykułu - popisu naszych obiektywnych mediów -> http://wyborcza.pl/1,75248,7242751,Prezydent_na_11_XI__Nie_wszyscy_sa_zainteresowani.html )
Na początku było Słowo. I rzekł Bóg: niech się stanie światłość.
i teraz wszędze możemy zobaczyć chaotycznie nabazgrany słowa bez znaków interpunkcyjnych bez gramatyka bezprzekaz słowa słowa słowa słowa ale nie zdanie do zdania potrzebny jest czynność to juz trudniejsze być chcieć myśleć. Bóg do nas mówi, czy tylko z nas drwi?
spraw, proszę, żeby życie było jak próbna matura z matematyki:
na początku dokonywanie obrzydliwie prostych wyborów, później konieczność udowodnienia sobie czegoś, a na końcu tylko trójkąty i czytanie książek.
Dialog 214
Z cyklu: rozmowy autobusowe z Lokiem.
D: Jak oceniasz tę lekcję angielskiego? Dużo gadania... L: Nooo, ale ja bardzo lubię mówić po angielsku. D: Ja też, z tym, że mam trudne początki. Długo się rozkręcam. L: Wy, kobiety, w ogóle długo się rozkręcacie. A jak już się rozkręcicie, to my zdążymy skończyć...
Dialog 215 dla fanów Kominka
D i B.
Po przedyskutowaniu niewinnej kwestii. D: Zgadzam się z Tobą. Zgadzam się z Tobą od przodu, od tyłu i z połykiem. B: ... (chwila ciszy) O boże... Ty cytujesz Kominka...
Dialog 216
D i znany wszem i wobec nowoskalmierzycanin (K).
D: (poprawia błąd ortograficzny K) K: Ech, przy Tobie czuję się jak na polskim. D: Jeśli przy mnie czujesz się jak na polskim... to musiałeś mieć wyjątkowo ładną nauczycielkę :D
Czasami cygaro jest tylko cygarem i niczym więcej.
Pamiętam nawet, co jadłam na obiad rok temu, dokładnie rok temu. A raczej pamiętam, że nic nie jadłam: najpierw przez mdłości, później z nerwów, ostatecznie - z głodu.
Otwieram zbiorczy tomik niby przypadkowo, jak zwykle, na literze H i czytam o tych samych słonecznikach po raz dziewięćset czterdziesty drugi albo minus ósmy (delta wszystkich tych doświadczeń jest wybitnie większa od zera; liczymy dwa, a może tysiąc rozwiązań równania).
Rok temu mój syn miał więcej dni na karku niż ja lat, i pewnie gówniarz nawet się nie spodziewał, że w rok po zaanonsowaniu w towarzystwie jego istnienia, Parlament Europejski rozważy pierwszy naprawdę dobry projekt dotyczący opakowań papierosów.
Ave! ta, co zamknęła swoje id w etui od parkera, te salutant - niechże będzie pochwalony Zygmunt Freud.